„Mężu, jesteś mi do niczego niepotrzebny!” –  trzy pytania do Jacka Pulikowskiego.

Tematy

Dr Jacek Pulikowski rozmawia ze Stowarzyszeniem Przybądźcie Wierni na temat głębokiego kryzysu małżeństwa i sposobów na poprawę tej sytuacji.

Stowarzyszenie Przybądźcie Wierni: „Jesteś mi do niczego niepotrzebny!” – ta wypowiedź żony do swojego męża nie jest sztucznie wykreowana na potrzeby niniejszego wywiadu ale pochodzi z autentycznej rozmowy małżeńskiej w znanej mi rodzinie. Czy nie zawiera jednak sporej dozy prawdy – gorzkiej – ale jednak prawdy o stanie małżeństwa charakteryzującym czasy współczesne?

Jacek Pulikowski: Tak, mówi o katastrofalnym stanie wielu małżeństw a już na pewno tego, w którym żona wypowiedziała cytowane wyżej słowa. W dzisiejszym bezbożnym i wynaturzonym świecie wiele małżeństw tworzy karykaturę małżeństwa, kompletnie wypaczając jego ideę.
Małżeństwo jest pomysłem Pana Boga na ekstremalnie możliwe szczęście (przez najgłębszą potencjalnie relację miłości między ludźmi) już tu na ziemi dla największej rzeszy ludzi. (Małżeństwo bowiem nie jest wynikiem jakiegoś przypadku lub owocem ewolucji ślepych sił przyrody, Bóg Stwórca ustanowił je mądrze i opatrznościowo w tym celu by urzeczywistnić w ludziach swój plan miłości. Dlatego małżonkowie przez wzajemne oddanie się sobie, im tylko właściwe i wyłączne, dążą do takiej wspólnoty osób, aby doskonaląc się wzajemnie współpracować równocześnie z Bogiem w wydaniu na świat i wychowaniu nowych ludzi. Dla ochrzczonych zaś małżeństwo nabiera godności sakramentalnego znaku łaski, ponieważ wyraża związek Chrystusa z Kościołem, Humanae vitae p. 8.)
Małżeństwo jest powołaniem najpowszechniejszym, chciałoby się powiedzieć pierwotnym i podstawowym. Inną drogą do ekstremalnego szczęścia na ziemi (przez najgłębszą potencjalnie relację miłości między człowiekiem a Bogiem) jest życie konsekrowane a szczególnie kapłaństwo. Obie te drogi powołania (małżeństwo i życie konsekrowane) podsumowuje wierność do śmierci. 
Daleko odeszliśmy od Bożego pomysłu na małżeństwo, w którym kobieta i mężczyzna związani nierozerwalnym węzłem sakramentalnym są sobie wręcz niezbędni do szczęścia. Małżonkowie jak nikt inny, mają potencjalną szansę na:
— korzystanie z łaski sakramentu małżeństwa do budowy trudnej relacji miłości,
— zbudowanie najgłębszej z możliwych relacji miłości między dwojgiem ludzi w całożyciowym wiernym i wyłącznym związku, którą Jan Paweł II nazywa: „komunią osób”. („Celem małżeństwa jest wspólna droga do świętości przez budowę komunii osób na wzór komunii Osób Boskich”),
— wzrastanie przez konieczność pokochania nowych rodziców (teściów) otrzymanych i w pewnym sensie zadanych, już w dorosłym życiu,
— korzystanie w pełni z dobrodziejstwa płciowości i płodności, dla pogłębiania miłości i szczęścia. (Świat poddany ojcu kłamstwa wyrywa seks z kontekstu małżeństwa i płodności i po dostarczeniu ludziom chwilowej przyjemności rujnuje ich szczęście w życiu i wieczności.),
— ogrom szczęścia płynący z rodzicielstwa. Szczęście płynące z relacji miłości z dziećmi powinno trwać do końca życia!
— darmowe szczęście (nazywam to lawiną szczęścia) generowane przez dzieci (ich udane małżeństwa, wnuki, ich wierne życie konsekrowane…)
Czasem prowokuję małżonków powiedzeniem: „co byście bez siebie poczęli?” Nie chodzi tu tylko o możliwość poczęcia dziecka i jego wychowania, co jest oczywiste i logiczne, chodzi szerzej o uzupełnianie się talentami zarezerwowanymi dla danej płci. (Niestety świat próbuje normalność wynikającą z bezbłędnego Bożego planu podważać oferując in vitro, surogację, pracując nad sztuczną macicą i oferując „wychowanie”, choć raczej wyhodowanie dzieci bez ojca i matki i ich trwałej miłosnej więzi i bez Boga…) Żaden człowiek w pojedynkę nie może osiągnąć tego co może osiągnąć heteroseksualna para małżeńska. Fenomen małżeństwa polega na tym, że możliwości kochającej się pary są dużo większe od „algebraicznej” sumy możliwości każdego z osobna. I to nie chodzi tylko o miary ilościowe ale i jakościowe.
Szkoda tylko, że ludzie tak często nie korzystają z możliwości jakie stwarza małżeństwo. Dzieje się to na skutek odejścia od natury (jak kto woli ekologii) lub mówiąc wprost od Bożego planu wytyczonego przez Dziesięcioro Przykazań. Czasem mówię, że Stwórca dał 10 punktową instrukcję obsługi do funkcjonowania człowieka i małżeństwa jednocześnie. Pierwsze 3 punkty dotyczą relacji z „Producentem” a 7 pozostałych określa relacje międzyludzkie. Kierując się ściśle tą instrukcją osiągniemy pełnię szczęścia na ziemi i… w wieczności.
Wracając do pytania – wspomniana żona daleko odeszła od „instrukcji obsługi” i cierpi tego logiczne konsekwencje.

Stowarzyszenie Przybądźcie Wierni: Amerykańska autorka książek poświęconych małżeństwu i rodzinie Susanne Venker uważa, że mężczyźni żenią się głównie z dwóch powodów: ponieważ chcą mieć rodzinę i dzieci oraz żeby zaspokoić silną potrzebę współżycia płciowego. Podobnie – można powiedzieć, że kobieta wychodzi za mąż bo chce mieć dzieci i rodzinę oraz że zależy jej na relacjach i bezpieczeństwie (fizycznym i materialnym).
Od czasu kiedy kobiety zostały wyciągnięte z przestrzeni domowej do przestrzeni publicznej, (kariera zawodowa, kariera społeczna, polityczna) uzyskały znaczącą niezależność finansową i wynikające stąd bezpieczeństwo. W ostatnich zaś czasach kobiety masowo zrezygnowały z macierzyństwa lub jeśli nie zrezygnowały całkowicie to uzyskały rozmaite możliwości posiadania dziecka (zwykle jednego) bez małżeństwa i bez mężczyzny więc mogą sobie zupełnie dobrze, w ich mniemaniu, poradzić bez mężczyzny w domu. Podobnie może być w przypadku kobiet dojrzałych: po odchowaniu potomstwa i „wyjściu” dzieci z domu (zwłaszcza przy jednym lub dwojgu dzieci ma to miejsce relatywnie szybko) właśnie wtedy gdy kobieta jest u szczytu swojej kariery zawodowej – i gdy coraz częściej zarabia więcej niż mężczyzna – nie musi znosić zbędnego balastu jakim jest mężczyzna w domu, zwłaszcza taki, który nie chce się całkowicie podporządkować żonie (z naszych obserwacji wynika, że w naszych czasach w znakomitej większości rodzin nie tylko szyją ale głową rodziny jest kobieta). Znane są nam przypadki porzucenia męża przez dojrzałe dobrze zarabiające kobiety.
Czy w kontekście przemian kulturowych w świecie Zachodu i przewidywalnego kierunku tych zmian w najbliższej przyszłości zniewieściały mężczyzna ma szanse być jeszcze do czegoś potrzebny zmaskulinizowanej kobiecie?

Jacek Pulikowski: Pytanie, a raczej nakreślony problem jest poważny przez… powszechność występowania. Mówimy tu jednak nie tyle o małżeństwie i rodzinie, co raczej o ich karykaturach. Dlaczego wypaczenia rodziny stały się tak powszechne? Każde działanie ludzkie powinno być poprzedzone głębokim namysłem. Najwyraźniej go dzisiaj ludziom brakuje. Tak, wielu ludzi współcześnie przestało racjonalnie myśleć, przestało używać rozumu. Do tego niejako równolegle przestali oni kształtować wolę, zrezygnowali z samowychowania i jakiejkolwiek niezbędnej w rozwoju ascezy. Człowiek pozbawiwszy się używania rozumu i woli (dodajmy przymiotów stwórczych) staje się bezbronny wobec narzucanych ideologii. Płynie (jak ścieki) z prądem panujących mód i ideologii. Słowem jest (jak się zwykło mówić) „poprawny politycznie”. Człowiek bezrozumny i bezwolny schodzi na najniższy poziom człowieczeństwa, na poziom czucia (na własne życzenie zrównuje się ze zwierzątkami). Wtedy przyjmuje wszystkie idee hedonistyczne, bo przyjemność staje się naczelnym kryterium wyboru. Brak ukształtowanej woli, czyli brak wolności wewnętrznej powoduje, że człowiek nie potrafi oprzeć się oferowanej mu chwilowej przyjemności nawet gdyby w dalszej perspektywie czasowej powodowała śmiertelne skutki. To bezmyślni i bezwolni powtarzają hasła: jutro choćby potop, najważniejsza przyjemność w tej chwili. Kupują hasło „róbta co chceta”, które nota bene wywodzi się z naczelnej idei współczesnych satanistów, w której w języku angielskim pojawia się słowo: „like”.
Gdy człowiek przestaje racjonalnie myśleć zaczyna „kupować” podsuwane mu ideologie, nawet skrajnie sprzeczne z racjami rozumowymi i życiowym, wielowiekowym doświadczeniem wcześniejszych pokoleń. Do takich np. należy ideologia gender (celowo piszę z małej litery) mówiąca m. in. że płeć nie jest obiektywną cechą osoby ludzkiej i całkowicie negującą role i zadania specyficzne dla mężczyzn i inne specjalne dla kobiet.… Zauważmy, że liczne głoszone w świecie ideologie są obiektywnie sprzeczne z naturą człowieka (czyli są wynaturzone i tym samym nie mogą prowadzić do szczęścia). Myślę o ideologiach wywodzących się z idei indywidualizmu, w których człowiek ma być szczęśliwy sam ze sobą bez relacji miłości z Bogiem i z drugim człowiekiem. Mamy więc idee „samorealizacji” przez karierę „Piotrusia Pana”, „Playboya”, singielka z wyboru, narcyza zapatrzonego w siebie i wiele pokrewnych. W tych wizjach egoizm i egocentryzm ma rzekomo doprowadzić do szczęścia, nawet po trupach (mam prawo do swojego szczęścia więc …zabijam nieplanowane poczęte dziecko, albo odchodzę od współmałżonka i dzieci).
Tymczasem człowiek stworzony jest z miłości i do miłości, która jest jedynym źródłem prawdziwego szczęścia. Święty Paweł to skwitował: choćbym posiadł wszystko a miłości bym nie miał byłbym jak cymbał… Tak, żyje we współczesnym świecie mnóstwo zadowolonych z siebie cymbałów, myślących (szczerze), że są najszczęśliwsi na świecie. Cóż ptaszek w klatce może po ptasiemu myśleć, że jest szczęśliwy, bo nasionka importowane a klatka pozłacana. Nie zmienia to obiektywnego faktu, że jest biednym uwięzionym ptaszkiem, któremu odebrano możliwość latania i ćwierkania w przestworzach…
Wreszcie zagubienie powoduje, bazując na pysze, wiarę, że człowiek jest kreatorem, stworzycielem. Sam może ustalić kim jest (nawet płeć i orientację psychoseksualną), co jest dobre a co złe, a nawet co sprawi, że będzie szczęśliwy. Taka postawa zawsze owocuje tragicznym zagubieniem i zniszczeniem szczęścia w życiu i wieczności. Obiektywnie bowiem jesteśmy stworzeniami. Jesteśmy więc obiektywnie jacyś, do czegoś powołani i uzdolnieni. Mężczyźni i kobiety uzupełniają się nawzajem, są sobie do szczęścia potrzebni. Tylko razem stanowią całość niezbędną nie tylko do spłodzenia nowego człowieka, ale do wychowania go do szczęścia, czyli do miłości. Mamy to odkryć. Poznać prawdę o sobie i swoim przeznaczeniu. Wybrać swoją drogę miłości (powołanie) i kroczyć nią wiernie do końca życia. Taki był pomysł Stwórcy na człowieka i jego szczęście. Wszyscy, którzy kroczą tą drogą wyznaczoną przez Stwórcę i szanują „instrukcję obsługi” spisaną w postaci Dekalogu osiągną szczęście w małżeństwie i obronią się przed szatańskimi (dosłownie) pomysłami niszczącymi małżeństwo i rodzinę. Jeżeli ponadto uczepią się łask sakramentalnych w ogóle, a łaski sakramentu małżeństwa w szczególności, mają pełną gwarancję szczęścia na ziemi i w wieczności. Zgodnie z obietnicą zawartą w przypowieści o domu na skale. Co prawda uderzą wichry i nawałnice, ale dom się ostoi, bo na skale jest zbudowany. Skałą jest Chrystus.
Optymistyczne jest to, że wszyscy którzy pobłądzili, a odwrócą się od zgubnej drogi i powrócą na drogi Boże, ponownie będą zmierzać do zaplanowanego dla nich szczęścia. Mówi o tym przypowieść o synu marnotrawnym, historia Marii Magdaleny i wiele innych. A co z niewierzącymi? Edyta Stein, święta Teresa Benedykta od Krzyża powiedziała: Każdy, kto uczciwie szuka prawdy, znajdzie Boga. Problem w tym, że ludzie nie szukają Prawdy. Czyli odpowiedź na postawione pytanie brzmi: Tak, jest możliwe by kobiety i mężczyźni powrócili do nadanych im przez Stwórcę odwiecznych ról i tym samym do pierwotnego szczęścia. By kobiety „poddały się” mężczyznom i by mężczyźni powrócili do roli opiekuna i obrońcy, nawet za cenę własnego życia. Czy jest to możliwe w skali masowej – trudno powiedzieć. Jest to jednak możliwe, póki żyjemy, indywidualnie dla każdego z ludzi. Każdy, kto odetnie się od fałszywych idei, kto powróci do Prawdy, przy wysiłku własnym i korzystając z łask sakramentalnych, może ocalić siebie, a z pomocą współmałżonka małżeństwo, rodzinę i być w pełni szczęśliwy już tu na ziemi. Pewną nadzieję na zmiany w skali społecznej w Polsce dają rozrastające się dynamicznie ruchy i stowarzyszenia mężczyzn (choćby: Wojownicy Maryi, Mężczyźni Świętego Józefa, Żołnierze Chrystusa, Bractwo Świętego Pawła, Rycerze Jana Pawła II, Rycerze Kolumba i wiele innych). Podobnie wzrasta liczba świadomych, inteligentnych, wykształconych kobiet, które zdecydowały się na liczniejsze potomstwo, zrezygnowały z aktywności zawodowej i robią kariery „Pani Domu”.
Ilu trwa przy Bożej idei małżeństwa i rodziny, ilu do niej powróci a ilu jest bezpowrotnie straconych – nie wiem. Wiem jedno, że siły piekielne nie zwyciężą Kościoła Chrystusowego. Marzy mi się, żeby ludzie patrzyli na nasze małżeństwo i na małżeństwa jak najliczniejszych katolików i mówili jak za pierwszych chrześcijan: zobaczcie jak oni się kochają. My chcemy tak samo. Uważam, że dobry, pociągający przykład jest najsilniejszą metodą ewangelizacji i najskuteczniejszą pomocą w nawróceniu.
Słowem wszyscy, nawet najbardziej zagubieni, mają szansę powrotu do szczęścia małżeńskiego i rodzinnego. Czy z niej skorzystają? Cóż. Mają wolną wolę.

Stowarzyszenie Przybądźcie Wierni: Czy my jako ludzie rozumiejący – przynajmniej częściowo – sytuację nieszczęśników, którzy będąc jak ptaszek w klatce, o którym Pan wspominał, subiektywnie uważają się za bardzo szczęśliwych, a de facto żyją w grzechu śmiertelnym – możemy im jakoś pomóc? Kościół zaleca modlitwę, post i jałmużnę w intencji takich osób. Ponadto zobowiązuje nas do czynów miłosierdzia względem duszy: Grzeszących upominać; Nieumiejętnych pouczać, ale też względem ciała: Chorych nawiedzać – a przecież ewidentnie ich sumienie jest chore i przeważnie cierpią też na pomroczność rozumu. Wynika z tego, że raczej nie powinniśmy ich zostawić samych sobie, a raczej powinniśmy ich nawiedzać i próbować przywracać im świadomość grzechu, którą najwyraźniej zatracili. Św. Paweł w Drugim liście do Tymoteusza (*) kreśli obraz ówczesnego – jakże podobnego do współczesnego – zagubienia człowieka oraz nakazuje wykazywanie jego błędu i nastawanie w porę i nie w porę. Nasze skromne doświadczenie w napominaniu, zwracaniu uwagi pokazuje bardzo niską skuteczność takich działań – no bo jak przekonać kogoś logicznymi argumentami jeśli on już nie potrafi rozumować logicznie – nic do niego po prostu nie dociera. Jakie jest Pana doświadczenie w tym zakresie – w jaki sposób dzisiaj mamy „nastawać w porę i nie w porę” żeby trafić – do serca, do rozumu, do sumienia – żyjącego w grzechu, sytego, zadowolonego i dumnego z siebie człowieka – zwłaszcza młodego człowieka?

(*) — „Zaklinam cię wobec Boga i Chrystusa Jezusa, który będzie sądził żywych i umarłych, i na Jego pojawienie się, i na Jego królestwo: głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, [w razie potrzeby] wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz. Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań – ponieważ ich uszy świerzbią – będą sobie mnożyli nauczycieli. Będą się odwracali od słuchania prawdy, a obrócą się ku zmyślonym opowiadaniom. Ty zaś czuwaj we wszystkim, znoś trudy, wykonaj dzieło ewangelisty, spełnij swe posługiwanie!
(2 Tm 4 1-5 ) – Bibila Tysiąclecia

Jacek Pulikowski: Zadane pytanie natychmiast przywołało mi na myśl zdanie Błogosławionego Kardynała Stefana Wyszyńskiego: prawda może nawet zabić, ale prawda powiedziana z miłością będzie przyjęta. Może po prostu w naszych próbach ewangelizacji, pomocy pogubionym nieszczęśnikom jest za mało miłości. Dziś powszechnie brakuje ludziom pokory. Myślą, że są kreatorami i sami wszystko mogą. Uważają (naiwnie), że od nich samych wszystko zależy, że Bóg im do niczego nie jest potrzebny. Czy my, którzy próbujemy ewangelizować i nawracać pogubionych jesteśmy całkowicie od tego wolni? Czy przypadkiem nie próbujemy ewangelizować „własną” mocą. Uderzmy się we własne piersi. Czy my głosząc rzeczywistą, obiektywną, Bożą prawdę sami nie wynosimy się nad pogubionych. Czy choćby tak głęboko w środku nie mamy poczucia, że jesteśmy lepsi. Jakiejś pychy, czy poczucia wyższości. Przypomina się scena z faryzeuszem, który dziękował Bogu, że nie jest jak ten celnik…
Trzeba zdać sobie sprawę z warunków w jakich działamy. Dziś słowa bardzo staniały. Otacza nas zewsząd kłamstwo. Jeżeli czołowy polski (a przynajmniej polskojęzyczny) polityk wypowiada się publicznie: tak, kłamię. Kłamstwo jest podstawową sprawnością polityka i nie traci na popularności osiągając sukcesy w kolejnych wyborach to znaczy, że Naród oswoił się z kłamstwem. A może nawet je polubił. Bo miło jest być słodko okłamywanym i żyć nierealnymi mrzonkami. Nasz Polski zainfekowany kłamstwem Naród wybiera na swoich przedstawicieli kłamców. To niestety wielki sukces ojca kłamstwa (celowo małymi literami). Nasz ongiś wielki, o wspaniałej historii, dumny i szlachetny Naród został w dużej części zdeprawowany. Jasno pokazują to wyniki wyborów, gdzie wiele głosów otrzymują partie jawnie przeciwstawiające się najbardziej oczywistemu i naturalnemu przykazaniu „nie zabijaj” żądając „prawa” (oczywiście nielegalnego, bo sprzecznego z prawem Bożym) do nieograniczonego zabijania całkowicie niewinnych poczętych istot ludzkich w łonach matek. Ludzie nie dostrzegają, że za tym stoi żądanie prawa nieograniczonej rozwiązłości seksualnej i bezkarności nieodpowiedzialnych mężczyzn będących ojcami zabijanych dzieci. (Nie wyciągamy lekcji z historii w której upadek wszystkich wielkich cywilizacji poprzedzony był rozpowszechnieniem rozwiązłości seksualnej.) Ojciec, który nie broni życia swego niewinnego i bezbronnego rodzonego (choć nieurodzonego) dziecka tak naprawdę nie przekroczył progu uczłowieczenia sprzeniewierzając się swojej misji opiekuna i obrońcy. Ludzie nie są aż tak perfidnie źli są jedynie aż tak zwiedzeni i okłamani. Przez przyjęcie kłamstwa mają fałszywą wiedzę, z której logicznie wyprowadzane wnioski prowadzą ich na manowce. (Informatycy mówią: śmieci na wejściu – śmieci na wyjściu.)
Nie pomoże, że ja osobiście mam obrzydzenie do kłamstwa. W mojej rodzinie było oczywistym, że kłamią tylko tchórze.
Do deprawacji Narodu przyczyniło się w ogromnej mierze osłabienie pozycji Kościoła w sercach Polaków. To dokonało się właśnie przez lawinę perfidnych kłamstw i oskarżanie Kościoła o winy, których nigdy nie popełnił oraz przez nagłaśnianie i wyolbrzymianie prawdziwych win ludzi kościoła, zwłaszcza księży. Nie oszczędzano nawet osoby świętego Papieża Jana Pawła II. (Pocieszającym jest fakt, że po ataku na osobę Jana Pawła II w sondażach zanotowano wzrost Jego wiarygodności i zaufania do Jego słów i osoby. Tak więc, na szczęście, deprawacja Narodu nie jest jeszcze powszechna!) Osłabienie pozycji Kościoła jako jedynego pośrednika łask sakramentalnych przyczyniło się w oczywisty sposób do osłabienia praktyk religijnych i w efekcie wiary Polaków. Osłabienie wiary, zmniejsza zaufanie do prawdziwości i pożyteczności dla człowieka Bożych Przykazań i otwiera drogę do grzechu. Człowiek jawnie grzeszący nie czujący skruchy z powodu popełnianego zła traci ostrość oceny oraz zdolność krytycznego i logicznego myślenia, zwłaszcza gdy dotyczy to „terenów” na których grzeszy. 
Do czego zmierzam? Chcę powiedzieć, że w obecnej rzeczywistości samym słowem nie nawrócimy błądzących. Co prawda nie traci dziś na aktualności powiedzenie: poznacie prawdę i prawda Was wyzwoli, ale samo poznanie prawdy niczego nie zmieni. Poznaną prawdę można zlekceważyć, odrzucić a nawet zanegować. Tak więc wyzwoli człowieka poznanie prawdy, oraz zaakceptowanie jej i życie według poznanej prawdy. Co zatem zrobić, by głoszona przez nas prawda była przyjęta przez słuchaczy? Oprócz mówienia prawdy z miłością i pokorą (o czym wspomniałem na początku) trzeba być wiarygodnym świadkiem głoszonych prawd. Trzeba żyć prawdą, którą się głosi. Tak, świat bardziej potrzebuje świadków niż nauczycieli. To bardzo zwiększa szansę, że nasze słowa będą przyjęte. Jednak czy to wystarczy?
W świecie toczy się walka duchowa sił Dobra z mocami ciemności. Siły zła, posługując się ludźmi zrobią wszystko co w ich mocy (a jest ona większa od ludzkiej) by Boże prawdy i prawda o Bogu samym nie były przez ludzi powszechnie przyjęte. Trzeba zatem sięgać do zasobów mocy duchowych poprzez (wspomniane w pytaniu) modlitwę, post i jałmużnę.
Jestem świeżo pod wrażeniem (choć może lepiej było powiedzieć jestem wzruszony) świadectwa kobiety, żony i mamy czwórki dzieci, służącej narzeczonym i małżeństwom. Jest pasjonatką głoszonych treści (to widać), żyje tymi treściami we własnej rodzinie. Ponadto modli się, często ofiarowując Komunię Świętą w intencji ludzi, z którymi się spotyka, pości w ich intencji a jej jałmużną jest bezinteresownie oddawany czas, którego nie szczędzi na spotkania z potrzebującymi (oczywiście za pozwoleniem rodziny). W tej sytuacji nie dziwiły mnie cudowne nawrócenia i radykalne odmiany życia ludzi, z którymi się spotykała.
To jest odpowiedź na pytanie jak dotrzeć do współczesnego człowieka. Mówić prawdę w sposób możliwie atrakcyjny i pociągający do prawdy. Żyć tą prawdą i nie ukrywać tego (świadczyć). Sięgać po dostępne środki w walce duchowej w postaci modlitwy, postu i jałmużny.
Oby ludzie w świecie patrząc na nas i widząc nasze szczęście zaczęli nam zazdrościć. By jak za pierwszych chrześcijan ze słowami „zobaczcie jak oni się kochają” dołączali do nas. By się nawracali do jedynej Nieomylnej i Wiecznej Prawdy, do Boga, który jest Drogą, Prawdą i Życiem. Chciałoby się dodać: tak nam dopomóż Bóg!


Jacek Pulikowski jest szczęśliwym mężem Jadwigi (od 1976 roku), ojcem Marii, Jana i Urszuli, również szczęśliwym teściem Marty, Artura i Tomasza oraz dziadkiem siedmiorga wnucząt.

Od wielu lat zaangażowany w działalność Duszpasterstwa Rodzin i Poradnictwo Rodzinne. Nauczyciel Naturalnego Planowania Rodziny. Jest wraz z żoną członkiem – założycielem i byłym wieloletnim Prezesem Stowarzyszenia Rodzin Katolickich Archidiecezji Poznańskiej. Przez dwie kadencje był świeckim konsultorem Rady do spraw Rodziny Konferencji Episkopatu Polski (KEP), jedną kadencję (wraz z żoną) działał w Komisji Duszpasterstwa KEP. Oboje byli też audytorami na Synodzie Biskupów o Rodzinie w Rzymie w 2015 roku. 

Autor poczytnych książek i artykułów w licznych czasopismach katolickich oraz uczestnik audycji radiowych i telewizyjnych na tematy rodzinne (miłość, czystość, płciowość, ojcostwo, rodzicielstwo). Wszystkie jego książki wznawiano w wielotysięcznych nakładach, a niektóre przetłumaczono na języki obce (angielski, niemiecki, rosyjski, łotewski, litewski, białoruski, ukraiński). Nagrodzony nagrodą wydawców katolickich Feniks za kilka książek w serii: “Jak wygrać…” Popularny mówca spotykający się z młodzieżą, narzeczonymi, małżeństwami, nauczycielami, kapłanami i… teściami.

Dr inż. Jacek Pulikowski przez całe życie zawodowe był nauczycielem akademickim na uczelni technicznej – Politechnice Poznańskiej. Ponadto prowadził zajęcia na Podyplomowym Studium Rodziny na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Za swoją pracę dydaktyczną oraz za działalność na rzecz rodziny nagrodzony:

  • Medalem Komisji Edukacji Narodowej (2006);
  • Złotym Krzyżem Zasługi (2010);
  • Medalem Optime Merito Archidioecesis Posnaniensis;
  • Wyróżnieniem Amicus Matrimoniorum A.D. MMXIV, Świdnica (wraz z żoną);
  • Nagrodą im. Jerzego Ciesielskiego, Redakcja Źródła (2015);
  • Medalem Fides et Ratio (wraz z żoną, 2015);
  • Nagrodą Lwy Ordo Iuris w kategorii Rodzina (wraz z żoną 2023).