Piątek Dwudziestego Tygodnia Zwykłego – dzień 21 sierpnia 2026 r.

Piątek Dwudziestego Tygodnia Zwykłego – dzień 21 sierpnia 2026 r.

Przygotowanie pierwsze.

Dziś rozważać będziemy siedemnastą pobudkę do pokory: to jest 1) że miłość własna jest przeszkodą do miłości wzajemnej między Bogiem a stworzeniem; 2) że miłość własna nie da się pogodzić z żadną cnotą. Następnie postanowimy sobie: 1) zawsze przedkładać życie ukryte i pokorne nad sprawy głośne i pobudzające do pychy; 2) unikać wszystkiego, co by mogło ściągnąć na nas uwagę drugich. Naszą wiązanką duchową będą te słowa Apostoła: „Nie stawajmy się chciwi próżnej chwały”[1]. 

Przygotowanie drugie.

Oddajmy cześć Jezusowi Chrystusowi, który przez całe swoje życie znosił różne przygany. Jedni mówili wprawdzie: „To jest prorok, Chrystus; ale drudzy dodawali: Nie, to jest zwodziciel; człowiek lubiący zabawy, wino, dobre jedzenie; to Samarytanin, heretyk, bezbożnik, nieprzyjaciel świątyni i ludu Bożego. Uwalnia opętanych mocą szatana. On sam jest opętany. Czyż z Nazaretu może wyjść co dobrego? Prawdziwie, człowiek ten nie posłany jest od Boga, kiedy nie zachowuje szabatu”. A Jezus, na te wszystkie mowy milczy; przyjmuje upokorzenie i ofiarowuje je Ojcu swemu na zadośćuczynienie za naszą miłość własną. Podziwiajmy Zbawiciela naszego, składajmy Mu dzięki i naśladujmy Go.

 PUNKT PIERWSZY.

Miłość własna jest przeszkodą do wzajemnej miłości między Bogiem a stworzeniem.

Jest to rzeczą pewną, że upokorzenie, przyjęte po chrześcijańsku zbliża Boga do nas i łączy nas z Nim, a upodobanie jakie serce znajduje w czci i pochwałach oraz unikanie wzgardy i nagany, oddala od nas Boga. Przyczyna tego jest ta, że chwała światowa rozbudza w nas pychę, której Bóg nienawidzi; a wzgarda, przyjęta po chrześcijańsku, utwierdza nas w pokorze, którą Bóg miłuje. Miłość własna sprawia, że zapominamy o Bogu. Jeżeli dusza, która z początku Boga miała na względzie i Jemu samemu tylko chciała się podobać, zwróci potem uwagę na siebie, na pochwały, jakie jej oddają; w tejże chwili odwraca się od Boga, traci dobrą intencję i zaczyna działać dla próżnej chwały. Każda pochwała albo oznaka czci, jeżeli nie odrzucimy jej z prawdziwą pokorą, rozprasza, rozrywa, oddala serce od Boga, zaślepia je i obałamuca. Jesteśmy pod wpływem pewnego rodzaju oczarowania, które nam towarzyszy w modlitwie, w czynnościach naszych i intencjach, które sprawia, że zapominamy o Bogu i o niebie. Dlatego to jeden z pisarzy powiedział: „Nie dowierzam cnocie, wystawionej na widok zbyt wielu ludzi; jedno wejrzenie może jej zadać ranę śmiertelną”; dlatego Święci tak sobie upodobali życie ukryte. Czyśmy dotąd starali się zrozumieć to niebezpieczeństwo i czy go unikamy?

PUNKT DRUGI.

Miłość własna nie da się pogodzić z żadną cnotą.

 W istocie, jaka cnota dałaby się pogodzić z miłością własną? Może wiara? Wiara wymaga, abyśmy przyznali, że rozum nasz jest niezdolny do pojęcia rzeczy nadnaturalnych i że nie może bez zuchwalstwa badać tego, co przewyższa jego pojęcie; abyśmy z prostotą dziecięcą, nie rozbierając ani badając, przyjmowali wszystko, czego nas Kościół święty naucza. Kto nie ma pokory, ten nie podda swego rozumu wierze; stąd pochodzą wątpliwości i pokusy przeciw tej cnocie. Może miłość bliźniego da się pogodzić z miłością własną? Ten, kto siebie ceni więcej niż drugich, sądzi, że jemu wszelkie pierwszeństwo się należy i najlepsza cząstka we wszystkim, że drudzy powinni słuchać jego zdania, ustępować jego woli; to wszystko nie da się pogodzić z miłością bliźniego. Może mądrość i roztropność zgodzi się z miłością własną? Kto ma dobre o sobie mniemanie, ten naraża się nieroztropnie na trudności i niebezpieczeństwa, swoje własne zdanie przedkłada nad rady ludzi mądrych, o wszystkim decyduje stanowczo. Może poznanie samego siebie godzi się z miłością własną? Dobre mniemanie, jakie mamy o swoich zasługach, jest jakby szkło, zmieniające przed oczyma naszymi barwę przedmiotów i nie pozwalające nam widzieć siebie takimi, jakimi jesteśmy. Mamy wady, rażące wszystkich, a sami tego nie spostrzegamy. Nie chcemy nawet, aby nas upominano; najlżejsza uwaga oburza nas i gniewa. Czy wreszcie miłość Boża da się pogodzić z miłością własną? Miłość Bożą może pojąć tylko dusza, gardząca sobą. Ten tylko, kto czuje swoją niegodność i głęboką nędzę, może ocenić, jak Bóg jest dobry, miłosierny i miłujący ludzi, że zniża swoją wielkość do naszej małości, swoją świętość do naszej nędzy, swoją dobroć do naszej niewdzięczności. Wtedy jedynie, dusza przejęta miłością Bożą zawołać może ze świętym Franciszkiem z Asyżu: Kto Ty jesteś, Panie, a kto ja jestem? Albo ze świętym Augustynem: „Boże mój! przepaść mojej nędzy, odkrywa mi przepaść Twojego miłosierdzia. O! jakże godzien jesteś miłości za miłość Twą dla tak nędznego jak ja stworzenia”. Ubolewajmy wobec Boga, że miłość własna była nam dotąd przeszkodą do ćwiczenia się w cnotach.

Postanowienia i wiązanka duchowa jak wyżej.


[1] –  Do Galat. V, 26.