Od Wydawcy:
Wstrząsająca opowieść o jednej z największych tragedii w historii Polski. […] To wielobarwny żałobny fresk poświęcony zamienionemu w morze ruin miastu i ludziom, którzy niemal bezbronni przez dwa miesiące powstrzymywali regularne, doskonale uzbrojone jednostki wroga.
Fragment:
„Kilkaset tysięcy ludzi przeżywało ów zryw, każdy na swój własny, indywidualny sposób. Spędzali te dni w euforii lub w poczuciu rozpaczy, modląc się żarliwie lub wygrażając pięścią Niebiosom. Ich miasto walczyło i umierało. Popiół z palących się domów unosił się w powietrzu, pokrywał coraz grubszym kożuchem ruiny i niepogrzebane zwłoki. Popiół opadał także na żywych, osiadał im na głowach niczym znak zbiorowej pokuty, mieszał się ze spływającymi po twarzach łzami”.
O książce:
Na temat Powstania Warszawskiego przeczytałem już wiele książek. Żadna jednak nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, nie wstrząsnęła mną tak, jak „Warszawa ’44. Popiół i łzy” Andrzeja Solaka.
Przedstawia ona chronologicznie dzieje Powstania wraz z okolicznościami podjęcia decyzji o jego rozpoczęciu, zestawieniem sił i środków, którymi dysponowały obie strony, i bilansem walk. Prezentuje też argumenty w dyskusji nad jego sensem. Ale przede wszystkim w niesamowity, poruszający sposób opisuję walkę i życie powstańczej Warszawy. Obrazy i historie z tej książki zapadają w pamięć i nawiedzają czytelnika w snach. Nie sposób pozostać wobec nich obojętnym, nie sposób już myśleć o Powstaniu w abstrakcyjnych kategoriach historycznej debaty.
Solak ma generalnie dar ożywiania historii (tym, którzy jeszcze nie znają jego pisarstwa, polecam np. Modlitwę mieczy czy Kresy w płomieniach), ale myślę, że ten temat musi mu być szczególnie bliski, bo Warszawa’44 to moim zdaniem najlepsze jego dzieło. Jego charakterystyczny, ekspresyjny styl w zderzeniu z materią narodowej tragedii sprawdził się znakomicie, a czytelnik ma odczucie, że obcuje z naprawdę doskonałą historyczną prozą. Próbkę tego można znaleźć już w podzielonym na trzy literackie obrazy wstępie. Najbardziej dramatyczny, wprost nabrzmiały metaforycznymi sensami jest chyba trzeci z nich:
„Na Woli, niegdyś ludnej dzielnicy, zamienionej w cmentarzysko kilkudziesięciu tysięcy zamordowanych ludzi, samotna kobieta tuliła do piersi maleńkie dziecko.
Warszawska Niobe niewiele wcześniej przeżyła własną egzekucję. Mordercy działali metodycznie, z dyscypliną i starannością właściwymi ich nacji. Skazanym na śmierć kazali podchodzić czwórkami na miejsce straceń.
Kobieta, gdy przyszła jej kolej, zbliżyła się do stosu drgających zwłok, prowadząc trójkę swych dzieci. Czwarte nosiła w brzuchu, była w dziewiątym miesiącu ciąży, ale takich ofiar statystyki wojenne nie uwzględniają.
Była do końca ze swym potomstwem, trzymała w dłoniach ich ufne rączki, także w chwili, gdy huknęły strzały i pociski przeszyły dziecięce czaszki. Jej oprawca sfuszerował robotę, kula przeszła bokiem; kobieta padła zalana krwią na stos trupów. Niedługo przywaliły ją następne ciała.
Potem leżała przez trzy dni pod górą zamordowanych, patrząc z bliska na martwe twarzyczki swych dzieci. Widziała ich usta rozwarte w ostatnim krzyku, wpatrywała się w ich puste oczy, i czuła, że sama umiera. A właściwie, że już jest martwa, bardziej martwa niż jej pociechy. Że zgasła w niej ostatnia iskra życia, jak w każdej matce, która musiała patrzeć na zwłoki swego dziecka.
Nagle poczuła poruszenie w brzuchu. Jej najmłodszy potomek, nieuwzględniony przez skrupulatnych katów, teraz rwał się na świat, wbrew wszystkiemu i wszystkim, wbrew szalejącemu wokół piekłu. To dlatego nie pozostała pod stosem rozkładających się trupów, ale wypełzła szukać schronienia.
Urodziła syna. […]”.
Marcin Gajda, Mocna książka o Powstaniu, fronda.pl


Dodaj komentarz